wtorek, 5 lipca 2016

Jak zawstydzić Bear Gryllsa i przeżyć w wielkim mieście?

„Artysta głodny jest o wiele bardziej płodny” – śpiewał kiedyś Kazik Staszewski. i jest to prawda. Generalnie jeśli chodzi o podejście do wszelakich problemów – ludzie dzielą się na dwa typy. Pierwszy –  na jaki osobiście mam alergię – osoby załamujące się i narzekające oraz drugi – szukający ich rozwiązań. A jeśli się nie da – trzeba na życie spojrzeć w radosny sposób; zawsze patrzeć na  jasną stronę życia:



Niekiedy może się zdarzyć, że rozwiązanie przez taką osobę przejściowej życiowej trudności, będzie stanowiło rozwiązanie bardzo ważnego dręczącego ludzkość problemu. A takimi problemami zajmują się, jak dobrze wiemy, będący Atlasami i Prometeuszami współczesności, naukowcy. Którzy z różnych powodów muszą być często całkiem niezłymi artystami… Zatem głodny naukowiec, albo jeszcze lepiej – Biedny i Głodny Student (BiGS) pretendujący do tego zaszczytnego tytułu – powinien być teoretycznie najbardziej płodnym twórcą. Kto wie… Może kiedyś trafi się taki, który rozwiązując problem swojego głodu, rozwiąże przy okazji problem głodu w Afryce i zainkasuje za to Pokojową Nagrodę Nobla?

Mój pomysł wprawdzie problemu głodu w Afryce niestety nie rozwiązuje, ale kto wie… może przyda się jakiemuś przedstawicielowi społeczności BiGS… Przejdźmy zatem do sedna:

Jak zawstydzić Bear Gryllsa i przeżyć w wielkim mieście?

Wyobraźmy sobie studenta, który ma bardzo ograniczone fundusze. A życie w wielkim mieście, jak wiemy, kosztuje. Nie mówiąc już o tym, że młodość jest czasem wielu szaleństw i innych błędów. A na wszystko potrzebne są niestety pieniądze… Młodzi adepci Królowej Nauk mogliby oczywiście pójść w ślady Walthera White’a z Breaking Bad i zacząć Wielki Zarobek w Swoim Zawodzie. Niestety jest to nielegalne i przez wielu postrzegane także jako nieetyczne…

Ale nie ma, jak wiemy, sytuacji beznadziejnych. Zawsze musi się znaleźć jakieś rozwiązanie. Czasem tylko może być ono mniej oczywiste niż zwykle…

Dawno temu, w czasie Powstania Warszawskiego, odciętym od jedzenia powstańcom zdarzało żywić się Pigonami, jak z angielska zwie się czasem gołębie. O ile jakiegoś hmm… ustrzelili. Co dobre dla wygłodniałych powstańców może okazać się również dobre dla równie wygłodzonych Biednych Studentów… Jednakże tutaj znów – na naszej drodze stoi kolejny wieeeelki problem. Mianowicie posiadanie broni palnej bez stosownych pozwoleń jest niestety nielegalne… Co prawda we więzieniu karmią na koszt podatnika, podobno całkiem nieźle, ale, jak narzekał kiedyś Anders Breivik, dają tam zimną kawę. Jak sami widzimy, niezbyt uśmiecha się nam przebywanie w tak nieludzkich warunkach…

Jak się zatem najeść w nieco legalniejszy sposób? Tutaj w sukurs przychodzi nam Królowa Nauk: możemy takiego Pigona otruć. A dobry chemik jak wiemy, dobry bimber zrobi, truciznę przyrządzi… Zatem czegóż człowiekowi więcej do szczęścia potrzeba? Robimy cyjanek potasu. Albo sodu. W sumie na jedno wyjdzie. Synteza nie jest jakoś superbardzo skomplikowana. I co ciekawsze – można ją przeprowadzić używając łatwo dostępnych odczynników – mianowicie mocznika, węglanu potasu (albo węglanu sodu) i węgla. Mocznik jest stosowany jako nawóz, węglan sodu można łatwo otrzymać z sody oczyszczonej przez jej termiczny rozkład. A wungiel – chyba nie trzeba nikomu mówić. w każdym razie musimy mocno ogrzać mocznik z węglanem. i otrzymamy cyjanian. Aż się prosi o komentarz: taki Wöhler od d**y strony :3 (musiałem :P ).

Następnym etapem naszej syntezy jest redukcja powstałego cyjanianu do cyjanku za pomocą węgla. Jeśli mamy taką możliwość – może warto pokusić się o trucie Pigonów tlenkiem węgla powstającym jako produkt uboczny? Trochę trudniejsze (a przynajmniej Czadowa Maska na wzór Maski Tlenowej albo Maski Przeciwgazowej  dla Pigona wydaje mi się dość karkołomnym rozwiązaniem – innych pomysłów chwilowo niestety brak :P ) ale wtedy nic się nie zmarnuje… Tak czy siak mamy już cyjanek. I od tej pory nic prostszego – mieszamy go z ziarnem i wysypujemy. Jeśli jesteśmy w Wielkim Mieście, na pewno zaraz zlecą się Pigony, a widmo śmierci głodowej zostanie oddalone :3

Jednakże – Śmierć niejedno ma imię. Zwą ją czasem Kostuchą, Ponurym Żniwiarzem albo jeszcze inaczej… Tak czy siak – śmierć głodową odpędziliśmy. Ale jest jeszcze śmierć z zatrucia cyjankiem.




Albo wcześniej – tlenkiem węgla. Ale chemik znajdzie rozwiązanie na wszystko… Otóż jak wiemy – czadu najlepiej nie wdychać, a na cyjanek zawarty w Pożywnym i Smacznym (PiS hłe hłe hłe) mięsku Pigona znaleźć jakieś antidotum. Aby zniwelować działanie trucizny trzeba najpierw poznać sposób jej działania. Hmm… Toksyczność cyjanków bierze się stąd, iż cyjanowodór powstający na skutek ich reakcji z kwasem solnym zawartym w soku żołądkowym blokuje jeden z enzymów z łańcucha oddechowego i jest śmiesznie. a jeśli komuś kto to zjadł nie jest do śmiechu po zjedzeniu cyjanku – przynajmniej szybko i podobno bezboleśnie.
Jeśli jednak odpowiedź na ważne, ale to zaje***cie ważne pytanie pod tytułem „Co Jest Po Drugiej Stronie?” nie interesuje nas na tyle, żeby sprawdzać ją teraz zaraz, zajmijmy się zatem odblokowaniem zablokowanego enzymu. Aby enzym ów odblokować – należy wprowadzić do układu, jaki stanowi nasz organizm coś, co z czym ów cyjanek łączy się mocniej niż z oksydazą cytochromową, bo o niej tu mowa. Albo jeszcze bardziej perwersyjnie – wprowadzić do układu coś, co przereaguje z czymś co jest już w organizmie, a produkt tej reakcji „oderwie” jon cyjankowy od enzymu. i tak też się właśnie postępuje w przypadku zatrucia cyjankami. Mianowicie stosuje się azotyn izoamylu, który utlenia hemoglobinę zawartą w krwi do methemoglobiny, do której przyłączają się potem cyjanki a oksydaza cytochromowa zostaje uwolniona od ich toksycznego (hłe hłe hłe) towarzystwa. Co ciekawsze – azotyn izoamylu jest substancją psychoaktywną. Powoduje on rozszerzenie się naczyń krwionośnych, a przez to gwałtowne obniżenie ciśnienia krwi. Odczuwalnym efektem jest gwałtowne uderzenie krwi do głowy i euforia, co utrzymuje się kilkadziesiąt sekund.

A za zaoszczędzone w ten sposób na jedzeniu pieniądze można kupić wódkę. Albo tytoń fajkowy – wszak wiemy wszyscy że szanujący się noblista musi palić fajkę. a zwłaszcza chemik. a jako że tak jak i noblistą nie zostaje się od razu, żeby palić w satysfakcjonujący sposób fajkę, trzeba się tego odpowiednio nauczyć. Więc można już zacząć jako student :P

Kto wie… może kiedyś jakiś biedny student, a przyszły noblista, siedząc przed ogniskiem rozpalonym przy namiocie rozbitym w ogródku jakiejś instytucji naukowej (żeby zaoszczędzić na kosztach zakwaterowania), piekąc nabitego na kijek Pigona pomyśli z wdzięcznością, że możliwość zaoszczędzenia na jakiegoś Dunhilla albo Petersona, którego po smacznym posiłku będzie mógł spopielać w swojej fajeczce między jednym a drugim niuchem Odtrutki zawdzięcza właśnie mi?

I tym optymistycznym akcentem zakończmy naszą opowieść. Aby nie niepokoiły mnie żadne instytucje i inni obrońcy praw zwierząt dla świętego spokoju dodam, że wszystko to przeczytałem na Wikipedii/kolega mi powiedział oraz póki co nie ucierpiał w ten sposób żaden Pigon. I jeszcze jedno – oczywiście do niczego was nie namawiam :3




I jeszcze takie małe Post Scriptum, które zrozumieją głównie studenci chemii: Pigoń to taki Pigon z bonusem :3