sobota, 26 marca 2016

Jakie zagrożenia czyhają na nas w świątecznym koszyczku?

Święta wszelakie są czasem na swój sposób magicznym. Tak jest i z Wielkanocą. Święto to obchodzone jest zwyczajowo w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni. W tym roku pierwsza wiosenna pełnia przypadła 23 marca, zatem w obecnym roku Wielkanoc wypada w jednym z wcześniejszych możliwych terminów. Jednakże pomimo tak wczesnego terminu nie okazuje się ona Białym Świętem, w odróżnieniu od Święta Zimowego, jak w poprawny politycznie sposób nazywane jest Boże Narodzenie. Zatem tegoroczna Wielkanoc okazuje się prawdziwym Świętem Wiosennym.

„Już wiosna przyszła”
Dr Huckenbush, Wiosna

Wiosna jest czasem radości. Drzewa i krzewy radują się wypuszczając pierwsze pąki, ludzie cieszą się, okazując sobie wzajemną życzliwość, a zwierzęta… No cóż… Sami wiecie. Mówią tylko w Wigilię Bożego Narodzenia, a nie Wielkiej Nocy. W każdym razie, napotkane przeze mnie osobniki nie wyglądają, jakby były przesadnie nieszczęśliwe. Jedynie niektóre brzozy są smutne, gdyż kaleczy się je niemiłosiernie (#DżewaTeszMajoUczucia) w celu pozyskania soku brzozowego. Sok brzozowy jest smaczny i zdrowy (ale mi się zrymowało, czujecie to? :P ) ponieważ zawiera wiele pożytecznych substancji. Poza witaminami oraz mikro- i makroelementami, zawiera pewne ilości betuliny i kwasu betulinowego – substancji mających szereg właściwości leczniczych. Między innymi pomagają obniżyć zawartość cholesterolu we krwi. Podobnie jak zwiększają wrażliwość na insulinę, co może skutkować obniżeniem zwartości cukru we krwi. Ale co ja się będę rozgadywał. Zainteresowanych odsyłam do literatury stricte naukowej, np. tu:


Podsumowując, Wielkanoc jest czasem szczęścia i radości. Jednakże, coby nie było tak różowo, muszę w sekrecie powiedzieć Wam jedną rzecz: ZUO nie śpi…
Czy myśleliście kiedyś o tym, że jutrzejsze śniadanie wielkanocne może być Waszym ostatnim posiłkiem? Że w poświęconym dzisiaj jedzeniu mogą czaić się, niczym Kostucha w ciemności, zabójcze zarazki oraz inne mniej lub bardziej groźne Przyjemniaczki? Jeśli nie, niech poniższa opowieść skłoni Was do, jakże adekwatnych do przeżywanych przez nas świąt, refleksji o Życiu i Śmierci.

A zatem:
Co wchodzi w skład tradycyjnego koszyka wielkanocnego?
Najważniejszym i najbardziej kojarzonym ze świętami Wielkiej Nocy składnikiem święconki są jajka – wszechobecne na naszych stołach Nienarodzone i Zamordowane we Wrzącej Wodzie Kurczaki. Wszyscy wiemy, w jaki sposób kura znosi jajko. Wiemy również, że jest to sposób w najwyższym stopniu niehigieniczny i nieapetyczny. Pokusić by się można o sparafrazowanie jednej z barwniejszych postaci polskiej literatury, imć Jana Onufrego Zagłoby:

„W kurzych kiszkach i mieszkać niewygodnie, i wychodzić niepolitycznie.”

Taki sposób powstania tego życiodajnego produktu aż prosi się o obecność na jego skorupce Śmiercionośnych Zarazków Salmonelli. O objawach zatrucia nimi, z powodu, iż są one niezmiernie nieapetyczne, jak i niepolityczne, pisać nie będę :P
Jednakże nie kończą się na tym niebezpieczeństwa czające się w jajkach. Co się stanie jeśli jajko swoje poleżało? Co jeśli poleżało wystarczająco długo, aby w jego wnętrzu zaczęły zachodzić procesy gnilne?
Ważnym składnikiem zgniłych jajek jest siarkowodór. Bezbarwny gaz o bardzo charakterystycznym zapachu.
„W chemii nic nie śmierdzi. W chemii wszystko charakterystycznie pachnie”
Ludowe przyszłowie
Zapach zapachem. Gorzej, że siarkowodór jest silną trucizną. A czemu? Otóż siarkowodór kompleksuje atomy metali obecne w różnego rodzaju enzymach, zakłócając ich działanie. Wiąże też atomy żelaza zawarte w hemoglobinie, uniemożliwiając transport tlenu – zupełnie podobnie jak w przypadku zatruć tlenkiem węgla (czadem) czy cyjanowodorem, który to był stosowany w czasie drugiej wojny światowej przez Niemców w obozach zagłady jako gaz trujący w komorach gazowych. Zresztą tegoż cyjanowodoru używali również później Amerykanie do wykonywania kary śmierci – tylko wtedy już zgodnie z prawem międzynarodowym :P

Jakby było mało, nie na tym kończą się Śmiertelne Zagrożenia. Jak były Jaja, do kompletu brakuje jeszcze Wędlin, czyli po prostu Kiełbaski. Jak sama nazwa wskazuje – źle przechowywane mogą zawierać jad kiełbasiany. Czyli pałeczki Clostridium botulinum. Produkują one jedną z najsilniejszych znanych ludzkości trucizn – botulinę. Objawy zatrucia pojawić się mogą bardzo późno – nawet kilka dni po spożyciu. Część z nich jest równie niepolityczna co objawy zatrucia wspomnianą wcześniej salmonellą, więc o nich nie będę pisać. Ponadto botulina powoduje porażenie mięśni – cecha ta jest wykorzystywana na przykład w medycynie estetycznej do likwidacji zmarszczek.

Kolejnymi ważnymi Lokatorami Koszyczka są sól (zwana niczym fiński snajper Simo Häyhä „Białą śmiercią”), cukrowy baranek (cukier również bywa tak nazywany) i chleb. Chleb zawiera mąkę (cóż… również białą śmierć…), która jest produkowana ze zboża. Zboże może zawierać sporysz, który jest najprawdziwszym koktajlem różnego rodzaju przyjemniaczków. Najważniejszym z nich jest ergotamina. W dzisiejszych zdemoralizowanych czasach jest ona wykorzystywana jako prekursor do otrzymywania kwasu lizergowego, z którego otrzymuje się LSD. Jednakże sam sporysz również ma swoje działanie psychoaktywne. Dawniej zdarzały się przypadki Ognia Świętego Antoniego. Były to zbiorowe zatrucia sporyszem połączone z grupowymi halucynacjami. Najbardziej znany przypadek zjawiska o tak świątobliwej nazwie miał miejsce ponad tysiąc lat temu w Akwitanii – śmierć w halucynacjach (bo czy w męczarniach – trudno powiedzieć, choć jest to również wielce prawdopodobne) poniosło ok. 40 tysięcy osób. Jednakże sporadycznie takie sytuacje zdarzają się, choć na mniejszą skalę, również w czasach współczesnych.

Kiedy mowa już o substancjach psychoaktywnych, jeden z moich kolegów, jako zaprzysięgły wyznawca punk rocka, do koszyczka dokłada jeszcze butelkę taniego wina, zwanego potocznie jabolem. I jest to produkt stosunkowo najbezpieczniejszy. Zarówno etanol, jak i obecny w powyżej wspomnianym siarkofruicie dwutlenek siarki, mają działanie odkażające. Zatem stanowią pewne zabezpieczenie przynajmniej na część wspomnianych powyżej zagrożeń.

Powiecie: ale jest jeszcze chrzan…
Ja odpowiem: zatem przestaję już chrzanić i życzę Wam mimo wszystko smacznego oraz udanych i wesołych świąt Wielkiej Nocy.


I tym optymistycznym akcentem zakończmy naszą opowieść.

wtorek, 8 marca 2016

O miejscu kobiet w Kuchni Nauki

Janusz Korwin – Mikke, Naczelny Masakrator Lewaków i Innych Feministek Rzeczypospolitej, ma zwyczaj zaorywania wspomnianych feministek jednym prostym, ale za to z*****cie ważnym pytaniem:
„Jaka kobieta poza Marią Skłodowską – Curie cokolwiek naprawdę odkryła?”
Zwykle kończyło się to zamilknięciem powyższych – ale czy słusznie?

Otóż kobiet, które odkryły coś istotnego zarówno dla swojej, jak mówią piękniejszej, połowy ludzkości jak i dla jej ogółu, wbrew pozorom trochę było. Pomińmy czasy prehistoryczne – kojarzące się z  wieloma wizerunkami tzw. Wenus Paleolitycznej. Obiło mi się kiedyś o  uszy stwierdzenie, że ponoć tego typu obrazki są dowodem na to, że w owych czasach panował matriarchat… Choć mi osobiście kojarzą się z  takimi prehistorycznymi „przypinanymi dziewczynami” zwanymi z angielska pin up girls. Ale co kto lubi :3

Przenieśmy się zatem do starożytnego Egiptu. A konkretnie do czasów Kleopatry. Otóż jak wiemy, starożytni Egipcjanie byli mistrzami w technice obróbki szkła. Skorzystała z tego również Kleopatra. Która na swoje potrzeby miała ponoć przedmiot w kształcie ogromnej, grubościennej probówki wypełnionej wkurzonymi pszczołami (prawie, jak Angry Birds, no nie? :P ). Przedmiot taki wedle domysłów archeologów, doskonale mógł się sprawować jako przedmiot do masażu.


Skąd jednak przypuszczenie, że przedmiot ów był dziełem Kleopatry?

Cóż… Niestety żadne Taśmy Prawdy nie sięgają tamtych czasów, abyśmy wiedzieli to z całą pewnością… Ale często tak jest, że żeby była podaż musi być popyt prawda? Do tego jak wiemy, to nie Michaił Kałasznikow zaprojektował swój słynny karabinek; on go tylko skonstruował, a  konstrukcję narysowała żona. Podobnie zresztą jak to nie Hitler napisał Mein Kampf, tylko jego sekretarz, Rudolf Hess, a Hitler tylko dyktował. No ale Hess nie był kobietą, więc nie ma dla niego miejsca w  tym artykule. W każdym razie wniosek jest taki: w sumie to bardzo możliwe, że wspomniany przedmiot do masażu był dziełem Kleopatry. A nawet jeśli nie – stanowić ona mogła bezpośrednie ku temu natchnienie.

Jednakże gdzie tu miejsce na Królową Nauk? Nie mógłbym sobie darować, gdybym nie nawiązał do Chemii, a jak wiadomo – nie ma Chemii bez Marii.

Najbardziej znaną chyba w naszym pięknym kraju kobietą – naukowcem jest niezaprzeczalnie dwukrotna polska noblistka, Maria Skłodowska – Curie. W Polsce znana jest przede wszystkim z odkrycia radu i polonu. Notabene żałowała potem, że nie nazwała radu polonem a polonu radem. Dlaczego? Mianowicie wspomniane pierwiastki są trochę jak Jeckyll i Hyde… Rad znajdował swego czasu zastosowanie w terapii nowotworów i do produkcji farb świecących. Polon natomiast najbardziej znany jest z tego, że był użyty w zamachu na rosyjskiego dysydenta, Aleksandra Litwinienkę – został on otruty herbatą z polonem. Podobnie pojawiła się też hipoteza, ze polonem mógł zostać otruty znany palestyński przywódca, Jasir Arafat. Aby uświadomić sobie jak bardzo toksycznym pierwiastkiem jest polon i jak niewiele go trzeba, aby zabić człowieka porównajmy go z innymi truciznami: dla człowieka polon jest ok 50 tysięcy bardziej toksyczny niż cyjanowodór, 200 tysięcy razy bardziej toksyczny niż cyjanek potasu i kilkadziesiąt razy bardziej toksyczny niż okrzyknięta najsilniejszą z trucizn botulina (!), toksyna jadu kiełbasianego, pod warunkiem, że zostanie ona podana doustnie. Polon ustępuje jednak kilkunastokrotnie botulinie podanej dożylnie.

No a do tego rad znalazł swoje zastosowanie wcześniej niż polon, który zresztą w porównaniu do strasznie drogiego radu jest koszmarnie drogi. Trochę jak w tym dowcipie, w którym Polak tłumaczył diabłu jaka jest największa liczba, no nie? :P

Swoją drogą, jak już mowa o traktowaniu promieniotwórczych pierwiastków na sposób spożywczy. Kiedyś miałem okazję posmakować w jakimś małym miasteczku na południu polski wody radonowej. I o dziwo żyję :P Woda radonowa nazwę swoją zawdzięcza temu, że zawiera śladowe ilości radonu, gazu nazywanego niegdyś emanacją radową, oraz produktów jego rozkładu. Wiązało się to z tym, że radon ma bardzo dużą w porównaniu do innych gazów gęstość i po swoim powstaniu na skutek rozkładu radu – emanuje z niego, pokrywają radioaktywną warstewką okoliczne przedmioty. W każdym razie woda ta miała dość dziwny smak, niemniej jednak miała swój urok…

Niemniej jednak wróćmy do naszej opowieści… Zawsze tak bywa, że jak człowiek jest pionierem w jakiejś dziedzinie – innych boli od tego miejsce gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę. Dziwny to zwyczaj; wszak nie od dzisiaj wiadomo, że tak jak Napoleon przegrał bitwę pod Waterloo przez wyjątkowo dokuczliwe hemoroidy, wszelkiej maści zawistnicy blokują sobie swoją zawiścią drogę do samorozwoju. Choć z drugiej strony pewnych przykrości z ich strony nigdy się nie uniknie jeśli cokolwiek konstruktywnego się robi; stwierdza to znany cytat:
„Miarą twojego sukcesu jest liczba twych wrogów”
W każdym razie także i nasza Maria musiała zmierzyć się z pewnymi nieprzyjemnościami – po śmierci męża utrzymywała dość bliską znajomość ze swoim współpracownikiem – Paulem Langevinem. Pojawiły się plotki, że mają ze sobą romans, a pikanterii całej sytuacji dodawał fakt, iż wspomniany delikwent miał żonę i kilkoro dzieci. Francuskie brukowce z olbrzymią lubością rozpisywały się o „cudzoziemce rozbijającej francuskie małżeństwa”. Doszło nawet do tego, że Langevin wyzwał na pojedynek na pistolety jednego z redaktorów. Jakby kłopotów z mediami było mało, żona wspomnianego wytoczyła mu proces o zdradę… Ale ogólnie to była dziwna sprawa. Ponoć w ich domu miała miejsce przemoc domowa wywołana tym, że żona nie mogła znaleźć zrozumienia dla nisko płatnej pracy męża… Znamy skądś? Prawie jak jeden z aspektów omówionych w piosence Braci Figo-Fagot:



Koniec końców Langevin obiecał żonie że nie będzie utrzymywał znajomości z Marią. A następnie… Tak. Dobrze myślicie. Znalazł sobie kochankę. Zresztą w bezpiecznym gronie swoich studentek.

Wiele lat później Maria Skłodowska – Curie zmarła na białaczkę wywołaną długoletnią ekspozycją na promieniowanie.

Inną ofiarą promieniowania i kobietą, która oddała niewątpliwe zasługi nauce była krystalograf Rosalind Franklin. Znana jest przede wszystkim z tego, że jest współodkrywczynią struktury DNA. Jednakże i w tym przypadku nie mogło obejść się bez rozmaitych syfów i niejasności. Nie ulega wątpliwości, że bez wykonanych przez nią pomiarów James Watson i Francis Crick nie dostaliby Nagrody Nobla. Albo przynajmniej mieliby z tym o wiele więcej problemu. Pikanterii całej sytuacji dodawał fakt, że ponoć wspomniani nobliści mieli skorzystać z wyników jej pomiarów bez konsultacji z nią… Cóż. W nauce zawsze działy się czasem dziwne rzeczy tego typu i co gorsza do dzisiaj się zdarzają :P Niemniej jednak Franklin nie została uwzględniona jako odkrywczyni struktury DNA na noblowskich papierach, choćby i dlatego, że w momencie przyznania Nagrody Nobla za powyżej wspomniane odkrycie od kilku lat już nie żyła… Zmarła na raka, co, bardzo możliwe, że było spowodowane nadmierną ekspozycją na promieniowanie rentgenowskie podczas wykonywania pomiarów. Heroizmu jej postaci dodaje fakt, iż praktycznie do samego końca, świadoma swojego stanu wykonywała pomiary Ad Maiorem Scientiae Gloriam.

Btw. Wspominałem, że Crick był zwolennikiem legalizacji narkotyków i twierdził, że odkrycie struktury DNA ludzkość zawdzięcza m.in. temu, iż zażywał w owym okresie LSD? :P

Żeby nie było tak monotonnie, ostatnią już bohaterkę naszej opowieści uśmiercimy w inny sposób. A co! 
„Żeby życie miało smaczek, raz promieniowanie, raz Rtęć :3”
Jedną ze sławnych trucizn spośród panteonu związków Rtęci jest dimetylortęć. Związek ten jest powszechnie używany jako wzorzec w spektroskopii 199Hg i 201Hg NMR. Tym też zajmowała się prof. Karet Wetterhahn, znana jako najsłynniejsza ofiara dimetylortęci.

Co jest najbardziej upiorną cechą tego związku? Nie przeraźliwa toksyczność. Są znane dużo silniejsze trucizny. Moim zdaniem najbardziej upiorną cechą dimetylortęci jest fakt, że przenika przez typowe zabezpieczenia stosowane w laboratoriach mniej więcej tak, jakby ich nie było… A do tego objawy zatrucia uwidoczniają się dopiero kilka miesięcy po przyjęciu dawki śmiertelnej… Takie też zabezpieczenia stosowała jako doświadczona toksykolog nasza bohaterka. Pewnego pięknego dnia, stłukła się jej półmililitrowa ampułka z tym związkiem. Zgodnie z obowiązującymi zasadami bezpieczeństwa pozbyła się zanieczyszczonej odzieży. Ale po upływie kilku miesięcy pojawiły się u niej objawy zatrucia rtęcią. Na podstawie zapisów w dzienniku laboratoryjnym zostało to powiązanie ze wspomnianym zdarzeniem. Niestety stężenie dimetylortęci w jej organizmie było tak wysokie, że w żaden sposób nie udało się jej uratować nawet za pomocą intensywnej terapii chelatowej stosowanej zwykle przy zatruciach metalami ciężkimi i po upływie prawie roku od zdarzenia zmarła. Dzięki tym wydarzeniom dokładnie przebadano stosowane w laboratoriach środki bezpieczeństwa pod kontem skuteczności ochrony przed dimetylortęcią. Dzisiaj przy pracy z tym związkiem stosuje się środki specjalnie dedykowane do tego celu.

Zrobiło się trochę, nomen omen, sztywna atmosfera. A więc pora na jakiś żarcik. Zatem: 

Pamiętajcie! Kopernik również była kobietą!


I tym optymistycznym akcentem zakończmy naszą opowieść.

sobota, 5 marca 2016

Nauka była kobietą, czyli o roli kobiet (a w zasadzie ich braku) w życiu wielkich naukowców

Wielkie umysły są wielkie. Często tak wielkie, że w ich życiu często nic poza owym umysłem się nie mieści. Zwłaszcza, kiedy to coś (lub ktoś :P ) rości sobie prawa do zajmowania całego umysłu w miejsce nauki, tak iż wielu musiało chyba opanować bilokację aby zająć się jednocześnie Wielką Nauką oraz tzw. innymi rzeczami. Niektórzy sobie radzili również opanowując biegle podobnie brzmiącą rzecz – bigamię… O czym mimochodem (albo innym tworem :P ) wspomniałem w artykule na temat Etanolu. Niemniej jednak jak radzili sobie naukowcy, którzy nie posiedli aż takich supermocy, a nie chcieli obniżać możliwości swojej percepcji? O kilku z nich będzie ta opowieść.
Od czego by tu zacząć? Była kiedyś taka jedna, która dała się zwieść niejakiemu Wunszowi i jak to się skończyło – wszyscy wiemy. W dawnych czasach, konkretnie w tym niesłusznie odsądzanym od czci i wiary (choć tego ostatniego nie zawsze :P ) średniowieczu nauka dzieliła się na grzeczną jej część, której uwieńczeniem była teologia i niegrzeczną, przynajmniej w mniemaniu ogółu, jakiej przedstawicielką była np. alchemia – poprzedniczka prawdziwej Królowej Nauk. W przypadku pierwszej, jako że parali się nią raczej ludzie duchowni, pomni na to, jaki może być wpływ kobiet na postępowanie mężczyzn i jakie mogą być tego skutki (co zostało pięknie opisane w Księdze Rodzaju), a także i po to, aby nie było kłopotów związanych z dziedziczeniem, większość parających się nią ludzi z kobietami wielkich problemów nie miała. Jeden z największych teologów chrześcijańskich epoki średniowiecza, święty Tomasz z Akwinu dowodził kiedyś konieczności istnienia domów publicznych, czyli miejsc gdzie usługi swoje oferują prostytutki, czyli nierządnice. Jaki to ma jednak związek z nauką?
Żyjący na przełomie XV i XVI wieku opat benedyktyński, pisarz i okultysta (tak. wszystko na raz :P), zresztą poniekąd mój imiennik, Johannes Trithemius dowodził kiedyś:
„Dlatego alchemia jest niewinną nierządnicą, która ma licznych kochanków, lecz wszystkich zwodzi i żadnemu nie pozwala wziąć się w objęcia. Zamienia głupców w wariatów, bogatych w nędzarzy, filozofów w durniów, a oszukanych w złotoustych oszustów…
Jak wiemy głównym celem alchemii było znalezienie kamienia filozoficznego – mitycznej substancji, która miała umożliwić transmutację mniej szlachetnych metali w złoto. Zacytowane porównanie można, acz gwałcąc troszkę może intencje cytowanego, odnieść w pewien sposób do stosunku wielu uczonych do kobiet. Kiedy mieli swoją Alchemię, swoją Wielką Naukę, swoją Niewinną Nierządnicę, która zaspokajała ich popędy poznawcze i dostarczała nowych, po cóż im jeszcze była żona? Bo jak wiadomo, Alchemia była kobietą :P

Zdjęcie za: http://i1.kwejk.pl/k/obrazki/2013/10/ce862ffe9f99f5a594d813d69512f831_original.jpg

Choć w sumie, jak wiemy, logika to taka pani, która wielu panom (i paniom też :P ) powinna służyć. Niekoniecznie dwóm na raz, ale wnioski nasuwają się same :P 

Wiadomo. Byli i tacy, którzy doceniali jak najbardziej kontakty z kobietami. Choćby wspomniany w poprzedniej notce Mendelejew, czy nasz polski alchemik Sędziwój. Choć ten ostatni był akurat względnie grzeczny pod tym względem. Ale przedstawić chciałem kilka wielkich sylwetek ludzi, którzy kto wie… może i swoją wielkość osiągnęli dzięki temu, że stronili od kobiet… A może nie miało to jakiegoś szczególnego wpływu na ich odkrycia, a stronienie od kobiet było objawem dziwactwa… Kto wie. Niemniej jednak, wiele wskazuje na negatywny wpływ kobiet na naukę… Tak twierdził przynajmniej kolejny mój imiennik, którego wspominam w tej notce, John Dalton. Znany jest przede wszystkim z dwóch rzeczy: opracowania atomistycznej teorii budowy materii oraz opisania ślepoty na barwy, nazwanej od jego nazwiska daltonizmem, a na którą sam cierpiał. Związana jest z tym dość zabawna historyjka. Mianowicie miał on kiedy podarować swojej matce pończochy. Ku przerażeniu obdarowanej, były one intensywnie czerwone, co w wiktoriańskiej Anglii (lub też w czasach nieco wcześniejszych) było u szacownej damy z wiadomych powodów nie do przyjęcia. Nasz bohater zarzekał się, że takie nie są. Z konfrontacji tych dwóch faktów wynikła konkluzja, że istnieje coś takiego jak ślepota na barwy. Wiele wskazuje też na to, że wspomniana wyżej matka była najważniejszą kobietą w życiu Daltona – on sam ponoć miał mówić, że kiedyś udało mu się zauroczyć, co objawiało się utratą apetytu i zdolności logicznego myślenia. Ale na szczęście po tygodniu mu przeszło. A poza tym nie miał czasu na takie pierdoły. Większość życia spędzał w laboratorium, poza tym grał w kręgle i palił fajkę (kolejny tytoniowy akcent wśród wielkich chemików :P ).

Niemniej znaczący wkład w rozwój nauki wniósł kolejny stary kawaler – Henry Cavendish. Z tytoniowych ciekawostek: cavendishem został nazwany jeden z bardziej charakterystycznych rodzajów tytoni fajkowych. Niestety nie doczytałem się nigdzie, czy nazwę swą zawdzięcza Temu Cavendishowi, tak jak format cygara churchill pochodzi od Winstona Churchilla… Wracając jednak do tematu. Cavendish był strasznym odludkiem. Ponoć aż do tego stopnia, że kazał wybudować dla siebie osobne schody, żeby nie być narażonym na niebezpieczeństwo spotkania kogokolwiek. No, ale kto bogatemu zabroni. Cavendish pochodził z arystokratycznej rodziny, odziedziczył ogromny majątek, co pozwoliło mu rzucić studia na Cambridge i zająć się nauką. Wielką Nauką dla samej nauki, ponieważ za jego życia nie ukazała się żadna jego praca. A byłoby co publikować. Poza tym, że stwierdził, iż wodór jest osobnym pierwiastkiem (w nawiązaniu do teorii flogistonu – pierwiastkiem palności, czyli flogistonem), gdyby nie robił badań „do szuflady”, a publikował je na bieżąco, prawo Ohma nazywalibyśmy pewnie prawem Cavendisha. O ile w ten sam sposób nie nazywalibyśmy np. prawa Coulomba. A może wtedy byłoby więcej praw Cavendisha, tak jak było z prawami Newtona? A właśnie. Newtona.

Isaac Newton też znany był z tego, że stronił od kobiet przez całe swoje życie. Dzięki temu miał czas na siedzenie pod drzewem, aż spadło mu na głowę jabłko (prawie jak poczęstowanie niejakiej Ewy niejakim Jabłkiem przez niejakiego Wunsza, no nie? :P ) oraz innymi mądrymi rzeczami. Jego imponującego wkładu w rozwój nauki nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Był on też człowiekiem bardzo religijnym. Co przyczyniło się do uważnego studiowania Biblii. Na jej podstawie ustalił ponoć datę końca świata na rok 2060. Czy miał rację? Dowiemy się już za czterdzieści cztery lata. Prawie jak u Mickiewicza, prawda? :P

I tym optymistycznym akcentem zakończmy naszą opowieść.