niedziela, 31 stycznia 2016

Chemiczne perypetie Szalonego Kapelusznika cz. I (Podstawówka)

O tym jak się to wszystko zaczęło opowiadałem. Nie opowiadałem za to jeszcze, jakie problemy zdarzyło mi się mieć dzięki paraniu się Królową Nauk. Bo na noblowskich papierach, w przełomowych publikacjach czy w uzasadnieniach o przyznaniu rozmaitych prestiżowych nagród nie jest opisane, przez ile mąk, zmagania się z niezrozumieniem, ludzką małością i zazdrością przyszło nagradzanemu lub publikującemu przebrnąć. Nie są tam też opisane rozmaite frustracje i zwątpienia w cokolwiek, wynikające z setek nieudanych eksperymentów. Mówi się, że koniec wieńczy dzieło. Albo, że „prawdziwego mężczyznę poznaje się tym jak kończy”. Choć jak wiadomo „prawdziwy mężczyzna nigdy nie kończy” :P Ale jak wiemy, nie ma końca bez początku. Czyli każdy musi się swoje naużerać.
Zrobiło się poważnie i sentymentalnie, a miało być lekko. Zatem przejdźmy do właściwej części mojego opowiadania. Moja pasja prawdopodobnie nie rozwinęłaby się aż tak, gdyby nie książki Stefana Sękowskiego. Pierwszą książką jego autorstwa do jakiej się dorwałem było Moje Laboratorium. Dla początkującego eksperymentatora była to książka wprost nieoceniona. Sam Sękowski był postacią bardzo barwną. Widać to choćby po wstępie do wspomnianej książeczki, gdzie opisuje swoje początki z chemią – mianowicie jak dzięki eksperymentowaniu w domu zraził rodziców do swojej pasji zadymiając całe mieszkanie. Ze mną było trochę podobnie. Natchnienie czerpałem z różnego rodzaju literatury. Pochłaniałem jednym ciągiem coraz to kolejne książeczki z serii Chemia dla Ciebie wspomnianego autora. W tym miejscu myślę, że każdemu mogę je polecić. Szczególnie ludziom zaczynającym dopiero swoją przygodę z chemią, ale nie tylko. Chodzi o zaimplementowanie sobie dość specyficznego sposobu chemicznego myślenia. I nauczenia się fascynacji każdą, nawet najbardziej banalną chemiczną przemianą. W procesie edukacji szkolnej niestety gdzieś to umyka… Łatwo stać się rzemieślnikiem rozwijającym Wielką Naukę, ale do pchania jej do przodu potrzeba pasjonatów. Kiedyś w jakiejś rozmowie w kuluarach jakiejś konferencji zdarzyło mi się stwierdzić, że nie ufam chemikom, którzy nie wychowali się na Sękowskim. Rzecz jasna jest to spore uproszczenie – wiele osób wyrobiło swoje własne, niewypaczone systemem edukacji spojrzenie na Chemię niezależnie. Jednakże nikt chyba tak dobrze jak Sękowski nie potrafił przekazać chemicznej pasji kilku pokoleniom chemików.

Ja już w podstawówce po lekturze takich książek nie mogłem się powstrzymać, żeby nie eksperymentować. Zwykle ku utrapieniu wszystkich wokół. Pamiętam jak kiedyś przyniosłem do szkoły zmajstrowany przeze mnie jakiś smród. Rzecz jasna nic toksycznego, ale dawało nieźle. Do dzisiaj pamiętam spanikowaną minę dyrektorki mówiącej „W całej szkole śmierdzi siarką!!!”. W sumie… Hmm… jak siarka to i rtęć i jak rtęć to i siarka (to chyba bardziej :P ). Przeznaczenie? :P
I w taki oto sposób dostałem swoją pierwszą uwagę do dziennika. I tak alea iacta est. O tym, jak się to rozwinęło w gimnazjum już wkrótce :P Dodam tyle, że jeszcze w podstawówce wymyśliłem, że na Sylwestra zrobię sobie rakietki. W końcu mi to nawet wyszło. Ale nie obyło się bez epizodu z zadymieniem całego mieszkania, kiedy przypaliła mi się mieszanka saletry z cukrem w czasie karmelizacji :P Więc jeśli czytają to jacyś przyszli lub aktualni rodzice, których pociechy znajdują sobie podobne zabawy – pozwolę sobie zacytować Sękowskiego: „Z takich też wyrastają ludzie” :P


Ale nie zawsze moja chemiczna pasja spotykała się z takim niezrozumieniem. Rzecz jasna przede wszystkim fascynowały mnie rzeczy możliwie najbardziej efektowne. Czyli wszelkie rzeczy związane z ogniem, światłem i rozmaitymi kolorkami. Zostało to dostrzeżone przez nauczycielkę od przyrody, która zaproponowała mi poprowadzenie lekcji. Mówienie o Królowej Nauk tak mi się spodobało, że do końca podstawówki co jakiś czas wymyślałem jakiś temat, o którym chciałem poprowadzić lekcję. A potem poszedłem do gimnazjum… Ale o tym w następnej części opowieści o moich chemicznych perypetiach. 

Rządzi nami chemia

W życiu każdego człowieka zachodzi (choć niekoniecznie w ciążę :P – o tej ciąży to dlatego, że w ostatnim czasie wszelkie śluby, zaręczyny, nowe związki i inne tematy generujące odruch opróżnienia żołądka z treści tęczowej oraz właśnie zachodzenie w ciąże sprawiają wrażenie jedynych jaką zajmuje się znaczna część moich znajomych :P ) konieczność zadania sobie „ważnego, ale to za**iście ważnego pytania”. I to bynajmniej niekoniecznie chodzi tu o pytanie „co lubisz w życiu robić?”. Choć to też. Ale wtedy odpowiedź jest zbyt oczywista. Bo wiadomo, że syntezować nowe związki (ja &@%#%@%%@, znowu związki… choć te chemiczne są akurat jak najbardziej spoko :3 i nie wkurzają się, jak na półeczce albo w eksykatorze stoi ich od pewnej choroby. tylko jak ich jest dużo wyglądają nawet piękniej :D ). Mówię teraz o przypadku ogólnym. Ważne pytania są rzeczą ważną i niezmiernie potrzebną. Rzec by można, WATZWP (Ważne, Ale To Za**iście Ważne Pytania) oraz próby odpowiedzenia sobie na nie, są rzeczą pchającą ziemski ten łez padół ku przyszłości…

WATZWP, które tym razem chcę sobie i Ludzkości zadać oraz jako ja sam i przedstawiciel tejże, sam sobie na nie odpowiedzieć brzmi: „jaka dziedzina jest Królową Nauk i czemu akurat Chemia?”. Bo jest wiecznie żywa… Niczym Lenin… (teraz to już musiałem popić :P ).

A teraz nieco poważniej. Oczywiście wiemy, że językiem nauk ścisłych i przyrodniczych jest matematyka… którą da się opisać stwierdzeniem „zbyt piękne, żeby miało odzwierciedlenie w świecie rzeczywistym”. Swoją drogą można by pokusić się o stwierdzenie, że matematyka jest dla przyrody tym, czym dla ludzi pornografia i romansidła. Jak wiemy w romansidłach wszystko przedstawione jest w sposób wyidealizowany. Tak wyidealizowany, że uwierzenie w  niego bywa szkodliwe. To się po prostu nie sprawdza, choć może i fajnie byłoby gdyby było realne :P 

W każdym razie jak widzimy matematyka ma do prawdziwego życia tyle, co romansidła… albo porno… Opisuje po prostu rzeczy jakie się zdarzają, ale w sposób często zbyt wyidealizowany, a jako że wszyscy byśmy chcieli, aby władza była jak najbliżej ludu, matematyka się nie nadaje. Bo nie. Albo foch.

Istnieje jednak we Wszechświecie miejsce, gdzie autostradki są bezpieczne, a instalację LPG w rakietkach mają atest

Jako, że anarchia nie jest nigdy stanem stabilnym, miejsce na Tronie Nauki nie może pozostać nieobsadzone. Rywalizują ze sobą dwie nauki bardziej empiryczne – Chemia i Fizyka. Z tym, że fizycy są jacyś dziwni… Nawet prąd u nich płynie w odwrotną stronę. No i kiedyś prowadziliśmy z kolegą fizykiem rozmowę z cyklu Rozmowy Niedokończone – czy symbolem gęstości jest „d” czy „ρ”. Do zgody w tej kwestii jak do tej pory nie dotarliśmy, jednakże aby być prawdomównym („co ja miał powiedzieć, żeby nie zełgać… eee tam…”) muszę przyznać, że od dawna temat jako mało konstruktywny nie był poruszany.

Choć w sumie mimo wielu różnic i zatargów pomiędzy przedstawicielami jednej i drugiej dziedziny, trzeba przyznać, że w zasadzie w chemii i fizyce chodzi o to samo. Jedno i drugie sprowadza się de facto do stworzenia jak najdoskonalszego modelu rzeczywistości i opisania jej na mniej lub bardziej matematyczny sposób. Obie dziedziny próbują opisać rzeczywistość możliwie najbardziej prawdziwą, a nie wyidealizowaną. Na dobrą sprawę można by powiedzieć, że Chemia jest działem Fizyki, który podobnie jak np. Astronomia, wyspecjalizował się tworząc całkiem osobną dziedzinę… Działem mającym swoja niepowtarzalną magię, swojego specyficznego i jedynego w swoim rodzaju ducha. Działem zachwycającym swoją efektownością i romantycznością. Skoro o romantyzmie mowa… Uzupełnianie się Chemii i Fizyki da się przedstawić prostym przykładem: żeby było fajnie musi zadziałać Fizyka, a jak już poczynione są wszelkie działania, żeby było fajnie, wtedy działa Chemia. If you know, what I mean. Rzecz jasna chodziło o wybuchy – trzeba wsadzić spłonkę do otworu w ładunku i to jest fizyka, następnie ją odpalić i rozkoszować się wybuchem. I to jest już chemia. Wiadomo. Reakcje redoks i te sprawy. Ale ogólnie materiały wybuchowe są niegrzeczne i powinny dostać klapsa. Co w niektórych przypadkach mogłoby się skończyć dość ekhem… interesująco :P

Przejdźmy więc do rzeczy może mniej widowiskowych, acz nieco grzeczniejszych i uważanych za bardziej wzniosłe. Np. do poezji. Szczególnie miłosnej. Czyż tak piękne arcydzieła literatury powstałyby bez chemii? Gdzie tam… Gdyby nie reakcje biochemiczne w mózgu i różnego rodzaju amfetaminopodobne endogenne świństwa (narkotyki również są zue i niegrzeczne :P ) poeci nie mieliby natchnienia. W sumie tego płynnego również bez chemii by nie było (Adaś M. lubi to :P tiaa… nasz Narodowy Wieszcz Adaś również bywał niegrzeczny :P ). Zatem czyż nie dochodzimy właśnie do wniosku, że wszystko co wzniosłe i piękne pochodzi od chemii? Zresztą uczucie, że coś jest piękne również i z chemią jest związane. Jak wszelkie uczucia. Wszak nie darmo mówi się o nich „chemia”...

sobota, 23 stycznia 2016

Co ma piernik do wiatraka, a co komar do silnika turboodrzutowego?

Jak na człowieka mieszkającego odkąd pamiętam w Toruniu (choć urodzonego w Bydgoszczy :P ) przystało, powinienem wspomnieć coś niecoś o piernikach. Przede wszystkim – Toruńskie Pierniki Jedyne Prawdziwe. Wiele jest pierników, ale te toruńskie są niepowtarzalne i niepodrabialne. Zatem jeśli będziecie kiedyś w Toruniu, gorąco zachęcam do spróbowania. Hmm… Jeśli pomyśleliście sobie, że firma Kopernik sponsoruje ten wpis, to jesteście w błędzie. Tak dobrze to póki co nie ma :P niemniej jednak polecam produkt, moim skromnym zdaniem, godny uwagi i dobrze mi z tym.

Ale do rzeczy. Pierniki są znane nie tylko ze swoich walorów smakowych, ale też z powodu pewnego przysłowia. A przysłowia, jak wiemy, są mądrością narodu. Albo głupotą… zależnie od wersji :P

Zatem: co ma piernik do wiatraka?

Powyższe pytanie zwykło się zadawać, kiedy wydawać by się mogło, że adwersarz plecie „trzy po trzy ” i gada od rzeczy. A jednak! Piernik do wiatraka ma całkiem sporo. Mianowicie mąkę. Która może być wytwarzana na rozmaite sposoby. Jednym z nich może być mielenie za pomocą żaren napędzanych siłą wiatru w wiatraku. No dobrze. Ale co ma w takim razie komar do silnika turboodrzutowego? Poza tym oczywiście, że jedno fruwa (albo też lata) a drugie służy do latania (ale fruwania już nie :P ) ? Bo tutaj podobieństwo pomiędzy komarem a silnikiem jest dość dyskusyjne, ze względu na możliwość użycia słów o różnych, choć stosunkowo podobnych znaczeniach…

Aby rozważyć palący (choć nie wiadomo czy tytoń, czy też niekoniecznie :P ) i istotny dla naszej cywilizacji problem, musimy poprzedzić go odpowiednim wstępem. Otóż jak wiemy, wielu geniuszy wyrastało ponad swoją epokę dużo bardziej niż wypadało przyzwoitemu geniuszowi, który jest geniuszem, ale nie sprawia tym nikomu problemów. Przykładem geniusza, którego pomysły wyrastały za bardzo ponad jego epokę był Leonardo da Vinci. Znamy wiele projektów urządzeń jego autorstwa, które jeszcze długo po jego śmierci nie były „wynalezione” na nowo przez nikogo innego. Aby poprzeć tą śmiałą tezę przytoczę przykłady: Leonardo da Vinci wymyślił na przykład helikoper czy czołg. Tyle, że przy ówczesnych możliwościach technicznych idee te nie znalazły swojego odzwierciedlenia w praktyce. Przykładów ludzi wyprzedzających swoją epokę zdarzały się w każdej epoce. Jednym z nich, moim skromnym zdaniem, był niejaki Arystofanes z Aten; komediopisarz, jeden z najważniejszych przedstawicieli komedii staroattyckiej.

Ale co ma do tego komar? I co gorsza jeszcze silnik turboodrzutowy?

Aby to sobie uzmysłowić, przytoczmy cytat z komedii tegoż autora, o tytule Chmury. Jest to utwór, w którym najbardziej dostało się chyba Sokratesowi, który to znany jest m. in. z tego, iż niesłusznie oskarżony i skazany na śmierć, zrezygnował z możliwości ucieczki i aby okazać swoje poszanowanie dla prawa, poddał się egzekucji polegającej na wypiciu trucizny (z punktu widzenia współczesnego człowieka dziwna sprawa… niemniej jednak powstrzymajmy się od oceniania). Cokolwiek jednak by nie powiedzieć o wspomnianym Sokratesie, nie można mu odmówić poczucia humoru i dystansu do siebie. Ponoć w czasie wystawienia Chmur miał wstać, żeby ludzie łatwiej mogli porównać jego twarz z maską aktora. Czyż nie powinien być zatem ze względu na to wzorem dla nas? Zejdźmy jednak, nomen omen, z chmur i powróćmy do obiecanego cytatu:

– Pytał go kiedyś nasz Chajrefont ze Sfettos, jakie ma zdanie na temat komara – czy brzęczy pyszczkiem, czy też może zadkiem?

– I cóż powiedział o sprawie komara?

– [Sokrates] Odrzekł, że kiszka komara jest cienka; powiew przez wąziutkie wnętrze leci ściśnięty silnie w stronę zadka, a skoro wąskość kończy się otworem, to tyłek dźwięczy od siły ciśnienia.

Brzmi znajomo? Powietrze jest zasysane i sprężane, potem trafia do komory spalania gdzie wtryskiwane jest paliwo. A ciąg silnika wynika z różnicy pędów gazu wpadającego do silnika i opuszczającego go… Czyżby zatem Arystofanes odkrył niechcący (albo też chcący :P ) istotę działania silnika turboodrzutowego posługując się modelem komara? Odpowiedź pozostawiam Wam.


Nadmienię tylko, że podobnych odkryć mimo woli jest więcej, niż moglibyśmy przypuszczać. A codziennie do ich liczby dołączają nowe. Ale to już temat na osobną opowieść. 

środa, 20 stycznia 2016

Analiza instrumentalna dla ubogich, czyli oznaczanie stężenia alkoholu metodą krzywej wzorcowej "po studencku"

Zaprezentowany w poniższych przemyśleniach pomysł przyszedł mi do głowy jakieś dwa lata temu w czasie sesji. Nie wiem jak Wy, ale ja, podobnie jak śpiewał Jacek Kaczmarski, Nie lubię gdy do czegoś ktoś mnie zmusza. Uwielbiam czytać i ilość pochłanianych przeze mnie książek powinno się liczyć raczej w kilotonach (hłe hłe hłe) niż liczbach woluminów... Tyczy się to zarówno beletrystyki, jak i podręczników akademickich oraz innej literatury naukowej... Niemniej jednak nigdy nie mogłem się przemóc, aby w terminie czytać lektury szkolne. Czytałem je albo z paroletnim wyprzedzeniem, albo wcale. Ewentualnie długo po czasie, kiedy zainkasowałem za "brak przygotowania" kolejną jedynkę z polskiego. Co doprowadzało do takiego stanu rzeczy, iż miałem ocenę "niedostateczną" na semestr w klasie maturalnej. A moje jak najbardziej humanistyczne rozważania na parę stron o poezji Norwida, zakończone zresztą stwierdzeniem "niestety poeta zabrał jednak swą tajemnicę do grobu i już nigdy nie dowiemy się, co miał na myśli" zdecydowanie nie polepszały mojej sytuacji... Z podobnych pobudek zrezygnowałem z podrzucenia polonistce próbki swoich wierszy i innych rzeczy... W końcu Baczyński też miał problemy z obgadywanym powyżej przedmiotem, a jego polonista dopiero po wojnie ku swemu zdumieniu dowiedział się, że Baczyński wielkim poetą był... 

Zresztą... Co ja się tutaj rozgaduję o próbach tłamszenia wielkich talentów literackich na przestrzeni dziejów... Miało być o chemii. Tej Królowej Nauk oraz Jedynej Prawdziwej Poezji...

Zatem do rzeczy. Kiedy jest sesja niektórzy sprzątają (to nie dla mnie :P ), inni imprezują (za grzeczny na to jestem), a jak wieść gminna niesie, podobno są i tacy którzy się uczą. Ja z kolei zacząłem się zastanawiać, ile też procent ma Wino z Wiśni, które nastawiłem parę miesięcy wcześniej. Bo spróbowałem, jak to się mówi, ociupinkę i smakowało niczym... i tu mi brak porównania, z czym porównać ten niebiański smak. Ale nawet Amarena czy Keleris się chowają. Zresztą, kto próbował przy jakiejś Ważnej Okazji na jakie je chowałem, ten wie. Niestety zapasy się skończyły na ostatniej, XLIII Ogólnopolskiej Szkole Chemii, i nie masz już tego niebiańskiego napoju. A jak wyszło Nowe Wino z Wiśni nie wiem, bo jeszcze nie próbowałem. Zresztą... co ja się o winie rozgaduję... Miało być o analizie instrumentalnej, krzywej wzorcowej i takie tam. Zatem przytaczam, co odgrzebałem w starych zapiskach: 

Jako naukowcy czasem zadajemy sobie rozmaite pytania. Jednym z nich może być tak ważny życiowy problem, jak „ile procent ma wino które zrobiłem?”. Aż by się prosiło, żeby zaprząc do rozwiązania naszego egzystencjonalnego problemu nowoczesne techniki, takie jak na przykład GC. Jednakże, ze względu na wysokie koszta takich zabawek, odłożenie na taki sprzęt ze stypendium raczej nie wchodzi w grę. A szkoda. Chyba, że ktoś będzie wywalał jakiś jeszcze sprawny, to chętnie przyjmę. Jednakże nie bylibyśmy naukowcami , gdybyśmy nie potrafili wybrnąć z takiego problemu. W tym celu opracowałem nową analityczną metodę, która (mam nadzieję) pozwoli zrewolucjonizować badania prowadzone przez stowarzyszenia studenckie zrzeszające studentów chemii.


Techniką opracowaną przeze mnie jest HLP*. Jako aparatury badawczej używamy koleżanki lub kolegi. Aby zwiększyć dokładność pomiarów, należy użyć do nich większej ilości aparatów, a następnie uzyskany wynik uśrednić.


Na początku przystąpmy do wyznaczenia krzywej kalibracyjnej każdego aparatu. W tym celu przygotujmy wodne roztwory zawierające odpowiednio 5; 10; 15; 20 i 25% etanolu. Jeśli chcemy uzyskać większą dokładność pomiarów, możemy do sporządzenia krzywej użyć większej ilości próbek, lub też przeprowadzić pomiar w węższym zakresie, przykładowo używając do sporządzenia krzywej kalibracyjnej próbek o stężeniach odpowiednio 10; 12,5; 15; 17,5 i 20%.


Zaaplikujmy każdemu aparatowi po 500ml roztworu o określonym stężeniu i po określonym czasie, na przykład po godzinie odczytujmy odpowiedź aparatury za pomocą alkomatu. Następnie odczekajmy aż aparatura badawcza wytrzeźwieje (odczyt alkomatu wyniesie 0,00‰). Kiedy to się stanie, zaaplikujmy każdemu aparatowi 500ml następnego roztworu i ponownie po godzinie od zaaplikowania zmierzmy odpowiedź aparatury. Tak postępujmy aż skończą nam się roztwory. W oparciu o wyniki pomiarów wyznaczmy równanie krzywej kalibracji każdego aparatu.


Teraz możemy przejść do właściwej części naszej analizy. Zaaplikujmy każdemu aparatowi 500ml badanego przez nas wina. Po upływie godziny zmierzmy odpowiedź aparatury. Dla pewności pomiar możemy powtórzyć po wyzerowaniu odpowiedzi aparatów. W oparciu o równanie krzywej kalibracyjnej wyznaczamy stężenie etanolu w badanej przez nas próbce wina.


Aby rzetelnie ocenić powyższą metodę, należy przeprowadzić bilans jej dodatnich i ujemnych stron w porównaniu do GC:
a)Strony dodatnie:
-stosunkowo niska cena aparatury badawczej
-dobry pretekst do spożycia etanolu w celach naukowych
-przyjemność uzyskiwana przez aparaturę badawczą
b)Strony ujemne:
-długi czas analizy
-ewentualne zmęczenie aparatury badawczej zwane kacem
-ze względu na przepisy BHP badacz nie może brać udziału w libacji analizie


Podsumowując, HLP wypada gorzej od GC w takiej samej ilości punktów, jak i lepiej, przeto zatem jest to metoda równie dobra, jak wyżej wymieniona chromatografia cieczowa.



*Human Living Promilography


I pomyśleć, że to wszystko Ad Maiorem Scientiae Gloriam :D Czyż robienie nauki nie jest cudowne? Korzystając z okazji, chciałbym ogłosić, wzorem hippisów, bardzo życiowy postulat: 

MAKE SCIENCE NOT LOVE!

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Rtęć, kobiety i śpiew

Swego czasu pewien amerykański chemik, pochodzenia (a jakże) rosyjskiego, Alexander Shulgin, napisał książkę Phenethylamines I Have Known And Loved: A Chemical Story Of Love, czyli Fenyloetyloaminy, które poznałem i pokochałem: chemiczna historia miłości. Książka została tak ciepło przyjęta przez miłośników podróżowania po różnego rodzaju wzbudzonych stanach swoich umysłów, że po jakimś czasie wydana została kontynuacja, tym razem poświęcona tryptaminom. 

Ja nie byłbym sobą, gdybym także nie miał swojej Chemicznej Historii Miłości. A gdyby zrobić dokładny rachunek sumienia, byłoby ich nawet więcej… I to dużo więcej… Niemniej jednak we wpisie tym chodzi mi o Rtęć. Pierwiastek o liczbie atomowej 80, charakteryzujący się obok obrosłej wieloma legendami i zaduchem kostnic toksyczności, szeregiem ciekawych i nietypowych właściwości. 

35j0zj.jpg
Btw. Jak już mowa o klimatach w stylu Forever Alone w zestawieniu z Rtęcią... Niejaki Isaac Newton swego czasu miał z nią pewien dość nieprzyjemny epizod. Ale o tym kiedy indziej ;) 


Ale nie o nich jest ten artykuł. Jak się okazuje, jeszcze bardziej nietypowe mogą być sposoby, na jaki metal ten i jego związki były wykorzystywane na przestrzeni dziejów. Zastosowania takie jak materiały wybuchowe, wszelkiego rodzaju aparatura od termometrów zaczynając, na przełącznikach przechyłowych kończąc, czy wreszcie produkcja metali alkalicznych, jakkolwiek pasjonujące, zostawmy sobie na inny wpis. Teraz zajmijmy się czymś godnym ludzi naprawdę odważnych…


Podobno dwie rzeczy są nieskończone. Wszechświat i ludzka głupota. Po pewnym namyśle moglibyśmy dodać jeszcze, że nieskończona jest ludzka kreatywność, zwłaszcza jeśli chodzi o pomysły w jaki sposób można się „zabawić”. Robi się groźnie, prawda? Tylko po co tu jeszcze ta rtęć i co to ma do zabawy, cokolwiek pod tym słowem się nie kryje? Ano, jak się okazuje, całkiem sporo.

Przenieśmy się teraz do czasów starożytnych. Już wtedy znany był cynober – minerał charakteryzujący się intensywnie czerwoną barwą. Z chemicznego punktu widzenia siarczek rtęciowy. Używali go malarze do tworzenia swoich dzieł, używała też i płeć, jak to się mówi, piękna. Do malowania się… A konkretnie był on ważnym składnikiem szminek… Nie pytajcie dlaczego kobiety, bo to o nich tutaj mowa, malują się, skoro są płcią, jak to się mówi piękną… Do dzisiaj tego nie potrafię zrozumieć, choć żyję na tym marnym ziemskim łez padole już ładne dwadzieścia parę lat. Ja wiem, wieeeem. Podkreślanie swojej urody, zwracanie uwagi płci przeciwnej (co jest istotne zwłaszcza dla przedstawicielek najstarszego zawodu świata i innych Izabel Łęckich) i inne takie. Możemy dojść tutaj do pewnego konsensusu: wszystko jest dla ludzi, no ale bez przesady… Bo jeśli dojdziemy do przesady, może się to skończyć niekoniecznie sympatycznie… A swoją drogą. Słyszałem kiedyś, że podobno kobieta w swoim życiu zjada kilka kilogramów szminki… Nie wiem, ile jest prawdy w powyższym stwierdzeniu, ale perspektywa zjadania takich ilości bądź co bądź bardzo słabo rozpuszczalnego w wodzie, ale zawsze związku rtęci, brzmi jak dość średni, kolokwialnie mówiąc pomysł, prawda? Choć z drugiej strony… Okazuje się, że toksyczność siarczku rtęciowego jest znikoma. I choć obecność w produkcie trafiającym w końcu do przewodu pokarmowego, związku tego skądinąd sympatycznego pierwiastka nie napawa optymizmem, nie powinno się to skończyć falą zatruć. 

Postawmy się zatem na miejscu starożytnej kobiety: nie otruła się szminką, a do tego zwróciła na siebie uwagę wielu przedstawicieli płci podobno brzydkiej (pewnie dlatego brzydkiej, że nie malując się, nie wytrzymują konkurencji :P ). Sam zysk, nieprawdaż? No ale takie zwrócenie na siebie uwagi może się skończyć przedłużeniem gatunku. A to nie w każdej sytuacji było mile widzianą konsekwencją. Ale od czego jest Dobra Ciocia Rtęć? Parę łyczków i jedziemy. Tak! Dobrze widzicie. Skutecznym środkiem antykoncepcyjnym dla kobiet jest wypicie kilku mililitrów metalicznej rtęci. Zapytacie się: no dobra. Ale jak to działało? 

Otóż metaliczna rtęć ma to do siebie, że paruje. Podobnie zresztą, jak woda ma to do siebie, że spływa z terenów objętych powodzią do rzek i Bałtyku. Jej pary kiedy dostaną się do płuc, mogą przeniknąć dalej do krwi, a wraz z nią rozprzestrzenić się po całym organizmie. Dzięki wyjątkowo silnemu chemicznemu powinowactwu do siarki, rtęć może przyłączyć się do cząsteczek aminokwasów siarkowych, metioniny i cysteiny, niszcząc strukturę białek. Kiedy rtęć przedostanie się do krwi płodu, nie ma on najmniejszych szans. Działa? Działa. A jak wiemy – „jeśli coś wygląda głupio, ale działa – to nie jest głupie”. Rzecz jasna omawiany specyfik miał szereg działań ubocznych. Jednym z charakterystycznych objawów zatrucia rtęcią, poza np. zmianami osobowości (a swoją drogą. Wiecie, że Szalony Kapelusznik z Alicji w Krainie Czarów mógł mieć rtęcicę? tenże fakt stanowił natchnienie przy wymyśleniu nazwy tego bloga), osłabieniem czy zaburzeniami koordynacji ruchowej jest uczucie jakoby było się na permanentnym kacu. Czyli ból głowy i te sprawy. Brzmi znajomo? Możemy pokusić się tutaj o małe subiektywne zestawienie efektów ubocznych Jej Wysokości Rtęci (jak była zwana przez poetów z epoki) i Współczesnych Środków Antykoncepcyjnych. 

Współczesne Środki Antykoncepcyjne
Jej Wysokość Rtęć
„boli głowa”
boli głowa
mogą powodować tycie
nie powoduje tycia

Ha! I co jest lepsze!? Odpowiedzcie sobie sami/same.
Ale jeśli ktoś z was zechce spróbować, niech to robi na własną odpowiedzialność i nie kabluje na mnie świętemu Piotrowi albo nie daj Boże komuś wyżej postawionemu, że to ja podpowiedziałem...

Im dalej w las, tym więcej drzew.
 Tak głosi popularne przysłowie. Otóż rtęć nie broni nas przed wszystkim… Nawet przy jej zastosowaniu, mogą pojawić się pewne nieprzewidziane okoliczności. Jedną z nich, jest NPG, czyli Nieplanowane Przedłużenie Gatunku. Konkretniej mówiąc, pojawienie się na świecie nowych istot ludzkich. Wkurzające jest w nich to, że ząbkują. To z kolei sprawia, że są bardzo hałaśliwe. Co nie do końca może odpowiadać nieco starszym istotom ludzkim odpowiedzialnym za ich zaistnienie. Aż by się chciało zacytować Stworzyłem piękną rzecz KAT-a, nadwornego ZUA Rzeczypospolitej zanim stał się nim Behemoth: „Mierzi mnie ich wrzask. Dobrze, gdy już śpią”. Nic prostszego! Chemia rtęci znów idzie nam w sukurs. I to w nie byle jakiej odsłonie, bo pod rękę z ChZN, czyli Chemią Związków Naturalnych. Konkretnie chodzi o kalomel wymieszany z opium. Stosowany jako niezwykle efektywny Proszek na Ząbkowanie dla Dzieci. Jak to działało? Już tłumaczę. Kalomel, czyli chlorek rtęciawy (swoją drogą związek o dość ciekawej strukturze, odsyłam do literatury typowo naukowej) ma działanie przeczyszczające. „Przeczyszczone” dziecko jest wyczerpane, w związku z czym nie ma już siły wrzeszczeć. Efekt pogłębia usypiające działanie opium. I tak, dziecko zamiast przeżywać NKZ, czyli Niezmierzone Katusze Ząbkowania, niczego nieświadome spokojnie sobie zasypia.

Powiecie: przecież to nieludzkie traktować małe dzieci takimi specyfikami! No zgadza się… Ale nie zapominajmy, że jeszcze nieco ponad sto lat temu heroina była „nieuzależniającym środkiem przeciwkaszlowym dla niemowląt”, a do tego wiele z współcześnie stosowanych w różnych celach specyfików może mieć długofalowe straszliwe działania uboczne… Ja rozmyślając o tego typu zastosowaniach prostych i względnie łatwo dostępnych związków chemicznych czuję przede wszystkim ogromny szacunek dla kreatywności naszych naukowych przodków…

Inną niż NPG konsekwencją zbyt niefrasobliwego podejścia do pewnych czynności może być zarażenie się chorobami wenerycznymi. Wprawdzie wszyscy, jak wiemy, jesteśmy zarażeni śmiertelną i nieuleczalną chorobą weneryczną zwaną życiem, ale o tym było w poprzednim punkcie. Teraz chodzi mi bardziej o kiłę, zwaną też syfilisem. Współcześnie takie przypadłości leczy się antybiotykami. Jednak nie zawsze były one znane… Zanim się pojawiły, wykorzystywano w tym celu specyfik zwany szarą maścią. Była ona niczym innym, jak metaliczną rtęcią rozdyspergowaną w lanolinie bądź wazelinie, zależnie od receptury. W przypadku kiły miał on dość ograniczoną skuteczność, gdyż jak się potem okazało, rtęć wykazuje działanie bakteriostatyczne nie zaś bakteriobójcze. Oznacza to, iż szara maść nie zabijała wszystkich drobnoustrojów, a jedynie hamowała ich namnażanie. Za to wprost nieoceniona była w przypadku walki z wszawicą. Pomimo swojej toksyczności, była stosowana do bardzo niedawna, bo do lat 80. ubiegłego wieku. Znalazła dość silny odzew w popkulturze. W czasie okupacji niemieckiej podczas drugiej wojny światowej popularna była piosenka: 

Najlepsza jest szara maść, 
Nie trzeba jej dużo kłaść;
Nacierać wszędy
Aż zginą mendy.
Inną manifestacją tego specyfiku w popkulturze był album Lombardu o nazwie Szara maść. Polecam zwłaszcza męskiej części czytelników. 

Dotarliśmy do końca naszych rtęciowych rozważań. Pomimo tego, iż były one przydługie, daleko im do wyczerpania tematu zastosowań tego fascynującego pierwiastka i jego związków. Na pewno jeszcze kiedyś wrócę do drążenia tego tematu. 

niedziela, 17 stycznia 2016

Ab ovo...

Tak więc wypadało by od czegoś zacząć... Podobno nie należy zaczynać zdania od "tak więc", ale jak twierdził Koleś Git, zasady są dla frajerów.

Tak więc zaczynamy. Studiuję na Wydziale Chemii UMK w Toruniu.  Prowadzę też pewne póki co skromne badania na Katedrze Chemii Nieorganicznej i Koordynacyjnej wspomnianego wyżej wydziału. Ale o tym kiedy indziej. Aktywnie udzielam się również w Studenckim Kole Naukowym Chemików działającym na tym samym wydziale. Ale o tym też kiedy indziej.

Teraz kluczowe pytanie: jak to się wszystko zaczęło? Aby na nie odpowiedzieć cofnijmy się do dawnych czasów. Mianowicie do początku lat dwutysięcznych. Pewien około ośmioletni dzieciak (który wtedy obraziłby się za to określenie, niemniej jednak dzisiaj możemy pozwolić sobie na takowe bluźnierstwo) mieszał sobie radośnie wszystko co znalazł pod ręką. Aż zmieszał sok z cytryny i sodę oczyszczoną. Mieszanina reakcyjna zaczęła się gwałtownie pienić. Wspomniany dzieciak tak się tym, ekhem..., podjarał, jakby dokonał epokowego odkrycia i miał za to zaraz dostać Nagrodę Nobla. Później zdał sobie sprawę, ze na wspomnianą nagrodę w kategorii "Chemia" byłoby to trochę za mało... choć z drugiej strony na Pokojową, rzecz jasna przy zachowaniu pewnych trendów, już niedługo mogłoby starczyć aż nadto. W każdym razie uzależnił się od tego uczucia aż tak, że postanowił zostać chemikiem, by szukać coraz mocniejszych chemicznych podniet.

Tym ośmioletnim dzieciakiem byłem ja. I szczycę się tym, że udało mi się Go we mnie zachować. Dzięki temu mogę z całą radością dziwić się wszelakim chemicznym procesom. Bo chemia jest wszędzie. I o tym będzie ten blog. O otaczającej nas Chemii, w mniej lub bardziej poważnym wydaniu,