niedziela, 31 stycznia 2016

Chemiczne perypetie Szalonego Kapelusznika cz. I (Podstawówka)

O tym jak się to wszystko zaczęło opowiadałem. Nie opowiadałem za to jeszcze, jakie problemy zdarzyło mi się mieć dzięki paraniu się Królową Nauk. Bo na noblowskich papierach, w przełomowych publikacjach czy w uzasadnieniach o przyznaniu rozmaitych prestiżowych nagród nie jest opisane, przez ile mąk, zmagania się z niezrozumieniem, ludzką małością i zazdrością przyszło nagradzanemu lub publikującemu przebrnąć. Nie są tam też opisane rozmaite frustracje i zwątpienia w cokolwiek, wynikające z setek nieudanych eksperymentów. Mówi się, że koniec wieńczy dzieło. Albo, że „prawdziwego mężczyznę poznaje się tym jak kończy”. Choć jak wiadomo „prawdziwy mężczyzna nigdy nie kończy” :P Ale jak wiemy, nie ma końca bez początku. Czyli każdy musi się swoje naużerać.
Zrobiło się poważnie i sentymentalnie, a miało być lekko. Zatem przejdźmy do właściwej części mojego opowiadania. Moja pasja prawdopodobnie nie rozwinęłaby się aż tak, gdyby nie książki Stefana Sękowskiego. Pierwszą książką jego autorstwa do jakiej się dorwałem było Moje Laboratorium. Dla początkującego eksperymentatora była to książka wprost nieoceniona. Sam Sękowski był postacią bardzo barwną. Widać to choćby po wstępie do wspomnianej książeczki, gdzie opisuje swoje początki z chemią – mianowicie jak dzięki eksperymentowaniu w domu zraził rodziców do swojej pasji zadymiając całe mieszkanie. Ze mną było trochę podobnie. Natchnienie czerpałem z różnego rodzaju literatury. Pochłaniałem jednym ciągiem coraz to kolejne książeczki z serii Chemia dla Ciebie wspomnianego autora. W tym miejscu myślę, że każdemu mogę je polecić. Szczególnie ludziom zaczynającym dopiero swoją przygodę z chemią, ale nie tylko. Chodzi o zaimplementowanie sobie dość specyficznego sposobu chemicznego myślenia. I nauczenia się fascynacji każdą, nawet najbardziej banalną chemiczną przemianą. W procesie edukacji szkolnej niestety gdzieś to umyka… Łatwo stać się rzemieślnikiem rozwijającym Wielką Naukę, ale do pchania jej do przodu potrzeba pasjonatów. Kiedyś w jakiejś rozmowie w kuluarach jakiejś konferencji zdarzyło mi się stwierdzić, że nie ufam chemikom, którzy nie wychowali się na Sękowskim. Rzecz jasna jest to spore uproszczenie – wiele osób wyrobiło swoje własne, niewypaczone systemem edukacji spojrzenie na Chemię niezależnie. Jednakże nikt chyba tak dobrze jak Sękowski nie potrafił przekazać chemicznej pasji kilku pokoleniom chemików.

Ja już w podstawówce po lekturze takich książek nie mogłem się powstrzymać, żeby nie eksperymentować. Zwykle ku utrapieniu wszystkich wokół. Pamiętam jak kiedyś przyniosłem do szkoły zmajstrowany przeze mnie jakiś smród. Rzecz jasna nic toksycznego, ale dawało nieźle. Do dzisiaj pamiętam spanikowaną minę dyrektorki mówiącej „W całej szkole śmierdzi siarką!!!”. W sumie… Hmm… jak siarka to i rtęć i jak rtęć to i siarka (to chyba bardziej :P ). Przeznaczenie? :P
I w taki oto sposób dostałem swoją pierwszą uwagę do dziennika. I tak alea iacta est. O tym, jak się to rozwinęło w gimnazjum już wkrótce :P Dodam tyle, że jeszcze w podstawówce wymyśliłem, że na Sylwestra zrobię sobie rakietki. W końcu mi to nawet wyszło. Ale nie obyło się bez epizodu z zadymieniem całego mieszkania, kiedy przypaliła mi się mieszanka saletry z cukrem w czasie karmelizacji :P Więc jeśli czytają to jacyś przyszli lub aktualni rodzice, których pociechy znajdują sobie podobne zabawy – pozwolę sobie zacytować Sękowskiego: „Z takich też wyrastają ludzie” :P


Ale nie zawsze moja chemiczna pasja spotykała się z takim niezrozumieniem. Rzecz jasna przede wszystkim fascynowały mnie rzeczy możliwie najbardziej efektowne. Czyli wszelkie rzeczy związane z ogniem, światłem i rozmaitymi kolorkami. Zostało to dostrzeżone przez nauczycielkę od przyrody, która zaproponowała mi poprowadzenie lekcji. Mówienie o Królowej Nauk tak mi się spodobało, że do końca podstawówki co jakiś czas wymyślałem jakiś temat, o którym chciałem poprowadzić lekcję. A potem poszedłem do gimnazjum… Ale o tym w następnej części opowieści o moich chemicznych perypetiach. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz